Kompromis?

Każdego dnia z różnych stron sceny politycznej słyszę nawoływania do kompromisu w sprawie TK. W części komentarzy to opozycja oskarżana jest o brak woli rozwiązania problemu. Bardzo przepraszam wszystkich, którzy są autorami tych opinii, ale uważam, że są one szczytem politycznej naiwności.

Nie będę już wspominała o tym, że wszystkie narzędzia do rozwiązania problemu spoczywają w rękach partii rządzącej i związanego z nią prezydenta. To wszyscy wiemy.



Sedno problemu leży w innym miejscu. Opozycja chce, by TK spełniał rolę zadaną mu w Konstytucji przyjętej nota bene przez suwerena, na którego PiS powołuje się w co drugim zdaniu. Opozycja chce, by mechanizm naprawy ustaw, które wyjdą poza normy konstytucyjne, działał sprawnie. Opozycja chce, by prawidłowo wybrana większość sejmowa i rząd podejmowała decyzje i przeprowadzała zmiany W RAMACH obowiązującej Konstytucji, W RAMACH mandatu demokratycznego, jaki PiS uzyskał w wyborach.

W moim głębokim przekonaniu nie są to wygórowane oczekiwania.

Jarosław Kaczyński tymczasem chce przeprowadzić w naszym kraju rewolucję na skróty. On i jego współpracownicy WIEDZĄ jakie zmiany są dobre dla Polski i żadna Konstytucja, żadne inne ograniczenia nie mogą stanąć im na drodze. Przełamanie "imposybilizmu prawnego", o którym tak często mówi Jarosław Kaczyński, właśnie na tym ma polegać. W budowaniu nowej, lepszej Polski, w rewolucyjnym uniesieniu, przejmowanie się takimi drobiazgami, jak dotychczas obowiązujące normy, byłoby zdradą idei rewolucyjnej, byłoby aktem poddania się staremu porządkowi, który chcemy unicestwić.

Nie muszę pisać, do czego prowadzi myślenie w takich kategoriach...

Nie ma możliwości stworzenia kompromisu miedzy tymi, którzy chcą, aby mechanizm kontroli konstytucyjności działał, a tymi, którym zależy na jego rozmontowaniu. Nie może być kompromisu miedzy dwoma wykluczającymi się celami.

Ktoś zapyta, po co w takim razie Minister Waszczykowski zaprosił Komisję Wenecką, po co Premier Szydło rozmawia z przedstawicielami KE.
Jest taka opowieść - nie wiem niestety, skąd pochodzi - o tym, jak okrutny władca skazał na karę śmierci swojego doradcę. Doradca ubłagał go jednak o dodatkowy rok życia i obiecał, ze w ciągu tego roku nauczy królewskiego konia latać. Kiedy wrócił do domu żona doradcy załamała ręce. On jednak uspokajał ją: "W ciągu roku król może umrzeć, koń może zdechnąć, albo może nauczyć się latać".

Jarosław Kaczyński w sprawie TK z premedytacją gra na czas. Zanim KE doprowadzi do końca swoje procedury król może umrzeć, koń może zdechnąć a takich, którzy mogą odlecieć, jest całe mnóstwo.
Trwa ładowanie komentarzy...